Relacja Renaty

Wiosną po raz pierwszy zakwitła 
dzika jabłonka, a późnym latem 
obrodziła małymi, ale wyjątkowo 
soczystymi jabłkami. Wykopując 
warzywa w ogrodzie znajdywałam 
jakby w miłosnym uścisku splecione 
marchewki, i kiedy wreszcie dwa 
bociany nie odleciały do ciepłych 
krajów, to to, że jestem w ciąży nie 
powinno było mnie zdziwić. Byłam 
jednak zaskoczona. Napłynęły obrazy 
i wspomnienia związane z pierwszą 
ciążą i porodem. Wtedy zrobiłam 
wszystko, co potrafiłam, aby najlepiej 
przygotować się do tego nowego 
etapu w życiu. Sam poród chociaż 
odbywał się w warunkach domowych, 
pozostawił we mnie uczucie, że nie 
wszystko przebiegło tak, jak powinno 
i nie w takim szacunku wobec natury, 
jak się spodziewałam. 
     Teraz dziesięć lat później 
postanowiłam pokierować tym 
doświadczeniem tak, aby pozostawiło 
we mnie tylko piękne wspomnienia. 
Czułam, że to może być coś 
ekscytującego i nowego dla mnie.  

Dzięki zapiskom, jakie prowadzę w 
formie rysunków widzę, jak bardzo się 
zmieniłam ja i moje widzenie tego co 
mnie otacza. Ja reprezentuję 
centrum, które należy do większego 
centrum. Ze mnie bierze początek  
wszystko ponieważ należę do czegoś 
większego. Jednak to źródło nie leży 
już poza mną lecz jest we mnie. 
Szczególnie mocno jest to teraz 
odczuwalne, kiedy mój brzuch jest 
wielki a ja niedługo urodzę to co przez 
jakiś czas rosło we mnie. Dziecko jest 
połączone pępowiną z łożyskiem, 
Bogiem dla niego, przez które ma 
dostęp do wszelkiej mądrości, tak jak 
ja jestem połączona symboliczną 
pępowiną z Wszechświatem, z 
którego mogę czerpać. 

Jeżeli miałabym urodzić dziecko tak, 
aby zachowało pełnię i jedność z 
Bogiem (co jest możliwe przy 
lotosowych narodzinach), to wiem, że 
chcę to zrobić. Myślę, że ja także 
ulegnę  przemianie, która zmieni mnie 
na tyle, że i ja też stanę się pełna i 
nie będę marnotrawić czasu na 
szukanie a zajmę się tym, co istotne 
czyli spełnianiem Wyższej Woli i 
płynięciem.

Starałam się też przygotować ciało 
najlepiej, jak potrafię. Ćwiczyłam jogę 
dla kobiet w ciążył, ale żebym nie 
robiła tego sama, Darek i Malwinka 
ćwiczyli razem ze mną. Mój mąż 
prawie codziennie masował mnie. W 
siódmym miesiącu ciąży nie miałam 
jeszcze położnej. Okazało się, że tu 
gdzie mieszkam jestem być może 
jedyną osobą, która życzy sobie aby 
był to poród naturalny i odbywał się 
w domu. 
     Położną była wspaniała, otwarta 
kobieta, teraz nadal bardzo mi bliska. 
Przy trzecim spotkaniu powiedziałam, 
że chcę aby nie odcinać pępowiny i 
aby łożysko zostało tak długo z 
dzieckiem, jak długo będzie potrzeba.
  
Kilka dni przed rozwiązaniem nastała 
cisza jak przed burzą. Wszystko 
stanęło, nie było nic więcej do 
zrobienia, wszystkie sprawy zostały 
zakończone. Biały gołąbek 
przylatywał do nas i przesiadywał na 
kominie. Na niebie pojawiały się 
kawałki podwójnych tęczy. Wiem, że 
w ten sposób moja nowa córka 
porozumiewała się ze mną. Imię dla 
niej usłyszałam, kiedy pracowałam w 
ogrodzie. Dawini w pełni odzwierciedla 
jaj boską naturę. Nie mogłam się 
doczekać, kiedy ją zobaczę. Czułam, 
że już czas na nowy etap.

(tutaj z męskiej perspektywy)

Poród lotosowy jest naturalny "zewnętrznie", gdyż 
pępowina nie zostaje sztucznie przecięta, lecz 
dziecko pozostaje połączone z łożyskiem do czasu, 
gdy samo się odłączy. W ten sposób okres przejścia 
między wewnętrznym światem a zewnętrzną 
rzeczywistością wydłuża się dla dziecka do kilku dni, 
w czasie których rodzice opiekują się zarówno 
dzieckiem jak i łożyskiem.
     Znaczenie symboliczne takich narodzin jak i ich 
rzeczywisty wpływ na zdrowie, duchowość i 
psychikę dziecka oraz opiekunów jest przeogromny.

W środku zimy na naszej podrzędnej wiejskiej drodze 
cudownym trafem poznaliśmy Tamarę, która 
opowiedziała nam o lotosowym porodzie. Tamara 
pomogła nam skontaktować się z Agnieszką, która 
niedawno z pomocą swego partnera urodziła 
lotosowe dziecko. W ten sposób w nasze ręce trafiła 
książka 
Narodziny w nowym świetle, Lotosowy poród 
Shivam Rachany (wyd. Ravi, 2003), w której 
znaleźliśmy wiele duchowej inspiracji i praktycznych 
rad. 
     Wszechświat znów jasno pokazywał nam drogę. 
Seria cudownych zdarzeń nie miała końca. 
Wiedzieliśmy, że do nas należy utrzymanie wizji, 
zachowanie siły oraz całkowita niezależność w 
myśleniu i działaniu, a wtedy otrzymamy wszystko. 
Wkrótce niemal bez naszego udziału przyjechała Ala, 
niezwykła położna, która dodatkowo zasiliła nas 
swoim wielkim uczuciem, wrażliwością, odwagą i 
doświadczeniem. Także dla niej miał to być pierwszy 
poród lotosowy.

Niezależnie ze świata duchowego napływały do mnie 
liczne informacje i wskazówki dotyczące narodzin, 
połogu, dziecięctwa i ich symboliki. Na 
kursie 
channelingu
 w maju pracowałem z grupą osób nad 
energią serca i narodzinami boskiego dziecka w tym 
ośrodku mocy (by wypełnić słowa Jezusa: "Jeśli się 
nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie 
do królestwa niebieskiego"). Niektórzy odczuwali ból 
tych narodzin, inni powiązanie z Wielkim Centralnym 
Słońcem (Chrystusem) przez duchową pępowinę lub 
widzieli w medytacji błony okalające boskiego 
embriona zamieszkującego serce. Podczas wędrówek 
po wewnętrznych światach ku najwyższemu źródłu 
część osób korzystała z pomocy swojego 
najbliższego przewodnika - boskiego geniusza, 
wewnętrznego dziecka. Wśród wielu poruszających 
relacji bardzo zapadło mi w pamięci przeżycie Kasi, 
która w medytacji spotkała Matkę Boską. Kasia stała 
się przy niej 8-miesięcznym dzieckiem. Niebiańska 
Niewiasta przyjęła ją, przytuliła do siebie i nakarmiła 
piersią...

Oboje z Renatą czuliśmy, że też potrzebujemy 
uzdrowienia. Zaczęliśmy bowiem dostrzegać związek 
pomiędzy niektórymi uciążliwymi wzorcami w 
naszych zachowaniach i przekonaniach a sposobem, 
w jaki zostaliśmy przyjęci na tym świecie. 
Wiedzieliśmy, że na lotosowym porodzie także może 
skorzystać nasza starsza córka Malwina, która też 
została szybko odcięta od swojego "boskiego 
bliźniaka" (czytaj: łożysko).

Za lotosowym porodem bardzo przemawiał do mnie 
argument, że dzieci, które rodzą się w ten sposób od 
ponad 30 lat, w późniejszym życiu nie wykazują 
poczucia braku, utraty kontaktu z duchowym 
źródłem; nie mają potrzeby poszukiwania Boga, gdyż 
to, co było ich pierwszym, jedynym i największym 
źródłem wszystkiego, nie zostało im gwałtownie 
odebrane podczas narodzin.

Świat i przyroda mocno wspierały nas swoją 
symboliką. Na kilka dni przed narodzinami na kominie 
naszego domu zamieszkała biała gołębica 
przesiadując tam od świtu do zmierzchu. Moja mama 
przysłała kryształową sól z Tybetu, która były czymś 
wyjątkowym i nadawała się do pielęgnacji łożyska. W 
zeszłym roku nie odleciały do Afryki bociany z 
pobliskiego gniazda, by "przynieść dzieciątko". 
Wszystko nabierało magicznego znaczenia!

Łożysko (placenta) to duży owalny organ należący 
biologicznie do dziecka. Rodzi się ono po dziecku 
podczas jednego z kolejnych skurczów. Przypomina 
słońce z centrum którego wychodzi spiralna (!) 
pępowina. Jak się okazało niektóre osoby nawet nie 
wiedzą o jego istnieniu! Bierze się to stąd, że 
"nasza" medycyna traktuje łożysko jak odpad lub co 
najwyżej jako źródło składników do produkcji drogich 
kosmetyków.

W przeddzień porodu czułem, jak wszystkie sprawy 
odsuwane są na bok. Nie potrafiłem już medytować 
na żaden temat. Rankiem 6 czerwca pojawiła się 
narastającą energia jak przed zajęciami, w których 
mam poprowadzić dużą liczbę osób do nawiązania 
kontaktu z wyższym źródłem. Czułem jak wszyscy 
jesteśmy wprowadzani w łagodny trans i skupienie 
służący nagromadzeniu i utrzymaniu energii. Kiedy 
nastąpiło to silne duchowe zestrojenie, wiedziałem, 
że wszystko potoczy się dobrze. Czułem nie tyle 
wsparcie, co kierownictwo, przejęcie kontroli nad 
decydującymi elementami procesu porodowego 
przez duchowe moce skierowane na powodzenie. 
Poczucie niezachwianej pewności dominowało, choć 
poród miał różne fazy i nie był łatwy. Położna Ala 
była jednak przygotowana na trudności. Wcześniej 
miała sen, w którym zobaczyła, że noworodek 
przyjdzie na świat z pępowiną okręcona wokół 
główki. Tak też było.

Dziewczynka urodziła się w południe w dzień nowiu, 
czyściutka i "w czepku". Pozostawała bardzo 
spokojna. Wykazywała średni apetyt. Czułem, że 
ciągle czerpie energię i zadowolenie z połączenia ze 
swoim bliźniakiem (łożyskiem). Przez pierwsze kilka 
dni reagowała zawsze, gdy wykonywane były jakieś 
czynności na łożysku jak mycie czy przewijanie. Choć 
pępowina całkowicie uschła, podczas polewania 
łożyska wodą lub zanurzania go w niej łapała oddech 
tak, jakby to ją wkładano do wody. Przyglądała się 
zabiegom pielęgnacyjnym. Po kilku dniach straciła 
zainteresowanie łożyskiem, które uległo mumifikacji. 
Uschnięta pępowina zdawała się ją nawet trochę 
irytować. Piątego dnia odłączyła się. Dopiero wtedy 
narodziła się w pełni, nabrała apetytu i stała 
aktywniejsza, choć nadal pozostaje dzieckiem 
wyjątkowo spokojnym, nieuciążliwym i skierowanym 
ku innym sferom. Cieszę się, że wciąż patrzy w inne 
światy. Kiedy nie śpi, rozgląda się i wpatruje w 
rzeczy, których my nie widzimy, co zdaje się ją 
bardzo bawić i zajmować.

Początkowo łożysko bardziej przyciągało moją 
uwagę niż dziecko, i to głównie ja o nie dbałem, 
podczas gdy kobiety skoncentrowały się na 
dziewczynce. Pamiętam fale ciepła, które rozlewały 
się po moim sercu i ciele, kiedy nosiłem dziewczynkę i 
łożysko przytulone do serca.

Narysowałam mandalę, kim jestem, co jest teraz we mnie ważne. Symbole same zaczęły się wyłaniać. Robiłam ją tłustymi pastelami, jednak pomimo tego i w porównaniu z innymi moimi rysunkami wyszła bardzo delikatna w nasyceniu. Teraz czuję ciągłe ponaglenia, aby nad nią nadal pracować. Dopóki nie będzie pełnego koloru i obraz z całą soczystością nie wyłoni się na światło dzienne, dziecko nie urodzi się.
Kilka dni później ukończyłam mandalę. Byłam zdziwiona i zachwycona kolorami oraz nowymi elementami, które się w niej pojawiły.

Poród zaczął się około pierwszej w nocy. Po trzeciej wyszłam do ogrodu, że może tam będzie mi łatwiej znieść ból. Świtało. Po piątej obudziłam Darka, a o szóstej powiadomiliśmy Alę (położną). Kiedy obudziła się Malwinka, wszyscy razem pomalowaliśmy mój brzuch. Wokół pępka utworzyła się piękna pomarańczowo błękitna mandala. Nie wiem, jak minęło tych kilka następnych godzin. Czas w trakcie tak intensywnych i ważnych chwil płynie inaczej. Każdy skurcz był jak ogromna kosmiczna fala, która nadciąga i jest już wcześniej wyczuwalna i słyszalna, zanim wejdzie w ciało. Poród nie był łatwy, miał zmienne rytmy. Chwilami był intensywny, ale miał też takie momenty, kiedy wydawało się, że skurcze zakończyły się, a ja popadałam w stan dłuższego relaksu. W czasie największego bólu, słyszałam dźwięk gongu. Jego wibracja powodowała, że ból w dole kręgosłupa rozchodził się na boki. Czułam także obecność moich niebiańskich sióstr.

Ostatnio w medytacji Jezus popycha mnie na lewo. (On zawsze stoi po prawej stronie. Nikt inny nie zajmuje jego miejsca. Lewa strona należy do kobiet.) Są tam kobiety, które posiadają wielką moc. Należę do nich, jestem jedną z nich, a jednak dołączenie do tej grupy wprowadza mnie w onieśmielenie.

Dzisiaj pamiętam jedynie cudowność tamtych chwil, jedność i więź, jaka się między nami wytworzyła. Nie wyobrażam sobie lepszej grupy, która potrafiłaby tak współodczuwać ze mną. To było niezwykle poruszające i ważne wydarzenie dla nas wszystkich i każdego z osobna. Po raz pierwszy przeżyłam zjednoczenie z innymi osobami na tak głębokim poziomie.
Był to boski proces a łożysko i jakość narodzin są niezwykle ważne, ponieważ determinują nasze zachowanie w dorosłym życiu.
Przez cały okres ciąży i porodu czułam opiekę Wszechświata, a to sprawiło, że każda znajomość czy podjęta przeze mnie decyzja nabierała niezwykłego znaczenia i wagi. Jestem wdzięczna za każde wydarzenie, które wtedy przeżyłam i za każdą osobę, którą poznałam.

Dawini
Dawini

Nierozstrzygnięta pozostawała kwestia imienia. 
Pewnego dnia na początku ciąży zaraz po 
przebudzeniu odwiedziła mnie przyszła córka. 
Przybyła z daleka, pojawiła się centralnie i 
przedstawiła jako radosna, spokrewniona istota nie 
posiadająca płci ani imienia, następnie uczyniła krok 
do przodu i na lewą stronę i "powiedziała", że będzie 
dziewczynką. Przekazała także inne informacje o 
sobie. Po tym spotkaniu wiedziałem, że musimy 
wybrać dla niej imię, które nie będzie przypisane do 
płci. 
     Jeszcze w czasie ciąży w swoich medytacjach w 
pojedynkę lub prze Renacie i jej brzuszku intuicyjnie i 
niemalże automatycznie łączyłem się z energią 
Da-Jam. Imię to jak magiczna mantra pojawiało się w 
moich myślach i cisnęło na usta, a szczególna 
energia promieniowała z góry, wypełniała mnie i 
przestrzeń wokół. Początkowo byłem przekonany, że 
chodzi o imię córki. Przedrostek "Da" miał oznaczać 
ród Dawidowy, z którego pochodzi, a "Jam" - 
obecność. 
     Także kilka dni po porodzie energia Da-Jam była 
bardzo silnie wyczuwalna. Wystarczyło, że 
zamknąłem oczy i powtórzyłem to imię, a 
natychmiast wpadałem w rodzaj transu, ogarnięty 
nieziemską wibracją. W międzyczasie pojawiła się 
propozycja podsunięta przez intuicję Renacie: 
Dawini. Dla niej i dla Malwiny imię Da-Jam było nie do 
przyjęcia. Sytuacja była dla mnie trochę irytująca. 
Dla własnego spokoju postanowiłem dokładnie 
zbadać tą kwestię. Usiadłem do medytacji i 
wprowadziłem się w trans powtarzając imię Da-Jam. 
Niemalże natychmiast uniosłem się i poszybowałem w 
górę. Dosięgnąłem celu. Znalazłem się w raczej 
owalnym pomieszczeniu, które zdecydowanie 
oddalało się od Ziemi. W jego centrum znajdowała się 
kapsuła, coś w rodzaju komfortowego stanowiska 
dla pojedynczego pasażera lub kierowcy. 
Postanowiłem zaczekać i dowiedzieć się, kto 
podróżuje tym międzywymiarowym wehikułem. 
Czekałem. W międzyczasie zdałem sobie sprawę, że 
pojazd jest żywą istotą - bardziej przyjacielem i 
opiekunem niż statkiem, oraz że posiada uczucia, 
którymi obdarza pasażerów. W chwilę potem 
uświadomiłem sobie, że nikt się nie pojawi; że 
statek-istota o imieniu Da-Jam przywiódł ku Ziemi 
moją córkę, a teraz udaje się w drogę powrotną. 
     Wróciłem więc na Ziemię do córki rozglądając się 
za jakimś rozwiązaniem. Pomyślałem o imieniu Dawini. 
W odpowiedzi ujrzałem anioła o tym imieniu – 
żeńską, promienistą i troskliwą istotę, która jest 
jedną z opiekunek dziecka. Miałem pewne 
wątpliwości, czy użyczy nam swojego imienia, więc o 
to spytałem. W odpowiedzi popłynęła energia 
akceptacji i obustronnej wdzięczności. Tak więc 
dziewczynka otrzymała imię Dawini po aniele, swojej 
wewnętrznej nauczycielce i przewodniczce. Takie 
rozwiązanie przyniesie dziecku wiele korzyści – 
pomyślałem. Mimo przestróg rejestracja imienia w 
urzędzie była czystą przyjemnością.

Poród lotosowy jest dla odważnych, wrażliwych, świadomych i samodzielnych matek i rodziców, 
którzy pragną, by ich dziecko doświadczyło więcej duchowego spokoju i równowagi. 
My dzięki temu doświadczeniu zyskaliśmy nie tylko nowego, świetlistego członka naszej małej 
społeczności i kilku wspaniałych przyjaciół, ale nauczyliśmy się także lepiej słuchać Wszechświata, 
który zna doskonałe rozwiązania i potrafi pomóc w ich realizacji, jeżeli my podejmiemy się 
wykonania części pracy.
Zażartowałem, że mamy cudowną położną i wszelkie warunki, aby prowadzić teraz na wsi ośrodek 
Lotosowego Porodu.


Strona główna

Symbole światła

Mandale

Renata
Kontakt




Łożysko ulega mumifikacji 
po kilku dniach.