Z najwcześniejszych lat pamiętam drewnianą, dość sporą skrzyneczkę wypełnioną kredkami, która
stała na stole w moim pokoju a także to, że leżąc w łóżku i czekając na sen wymyślałam różne
historie. Czasami nad jedną potrafiłam pracować tygodniami, jeżeli widziałam film czy wysłuchałam
jakąś opowieść, która miała tragiczne zakończenie, tak długo nad nią pracowałam i ulepszałam
bohaterów aż wymyśliłam pozytywne zakończenie. Stwarzałam postacie niezłomne, odważne,
kierujące się sercem i intuicją.
Byłam dziewczynką zatopioną w swoim świecie. Potrafiłam całe dnie rysować. W przedszkolu byłam
nawet zwolniona z leżakowania i w tym czasie mogłam przenosić na papier postacie i wzory z
mojej wyobraźni. Pewnego dnia specjalnie dla mnie jako wyjątkowo artystycznie uzdolnionej
przyjechało z Warszawy kilka osób. Zadawali mi pytania, prosili o zrobienie jakichś zadań, oglądali
moje prace. Namawiali moich rodziców, aby posłali mnie do szkoły w Warszawie, aby mój talent
mógł się w pełni rozwinąć, bo kiedy zapełniałam kartkę za kartką byłam najszczęśliwsza. Chyba
tylko w takich chwilach czułam się naprawdę dobrze. Wszelkie zbiorowe zabawy, występy
publiczne i udzielanie się były dla mnie istną udręką. Posłano mnie jednak do miejscowej szkoły.
Powiedziałam mamie, że nie wytrzymam w tym miejscu, bo jest tu za głośno i boli mnie głowa. Jakim
zaskoczeniem dla mnie było, że nie zostałam zwolniona z uczęszczania do szkoły. Siedziałam w
ławce przy oknie i większość czasu spędzałam patrząc się w niebo. Znajdowałam się wtedy poza
czasem i przestrzenią. Nie trwało to jednak wiecznie. Pani od matematyki wraz z moją mamą
uradziła, że trzeba coś z tym zrobić, bo jestem całkowicie nieobecna na lekcjach. Zostałam
przesadzona do środkowego rzędu i co chwilę byłam wyrywana do odpowiedzi, żebym się czasem
nie zamyśliła.
Powoli moja chęć wyrażania się poprzez sztukę zamierała. W liceum w ogóle nie było takiego
przedmiotu. Niewiele też tworzyłam w domu. To co wcześniej robiłam z radością i pasją, zniknęło.
Moje samopoczucie było coraz gorsze. Dni mijały. Przesiadywałam w kinie, w teatrze, stosami
połykałam książki, spotykałam się ze znajomymi. a mimo to wszystko było jakieś takie szare.
Chciano mnie wciągnąć do różnego rodzaju aktywności, ale ja wciąż byłam tylko obserwatorem.
Czułam, że to co dzieje się wokół, jest jedną wielką pomyłką. Moja mama zarzucała mi, że ani
ksiądz, ani rodzic, ani nauczyciel nie są dla mnie autorytetem. To prawda, nie byli. Potrzebowałam
innych wzorców. Wiedziałam, że wcześniej czy później je odnajdę. Spontaniczność i kierowanie się
tym, co czuję to było najważniejsze. Temat szczęścia, robienia tego, co się lubi, nie był prawie
nigdy poruszany. Coś, co się lubi, robiło się tylko po pracy, jako hobby. Bardzo to było dla mnie
dziwne. Chciałam robić tylko to, co lubię. Tylko przez dwadzieścia lat tak naprawdę niewiele miałam
czasu, aby dowiedzieć się czegoś o sobie, co chcę robić i nie miałam w ogóle zebranych
doświadczeń. Nie było to łatwe. Wychowałam się na osiedlu w małym miasteczku. Rytm życia moich
rodziców i rodziców moich znajomych przebiegał podobnie. Wszystkie osoby, które wtedy znałam,
podążały już wydeptanymi ścieżkami. Nikt nie wytłumaczył mi, jaki jest w tym sens. Jedynym i
najczęstszym argumentem, jaki słyszałam, był ten, że wszyscy wokół tak robią, takie jest życie.
Sięgając pamięcią do tego okresu, widzę tylko czarno-białe obrazy.
Pewnego dnia wykrzyczałam Bogu cały swój żal i jak bardzo jestem nim rozczarowana. Czułam się
samotna i rozgoryczona. Dość miałam tego udawanego życia i spełniania oczekiwań rodziców i
szkoły. Następował kryzys za kryzysem. Rozpadałam się i nie wiedziałam, jak zbudować się od
nowa. Próby samobójcze nie powiodły się. Podawano mi tabletki, aby wytłumić zbyt silne emocje i
żeby życie mnie tak bardzo nie bolało. Ale to normalne, że ono czasami uwiera, trzeba nauczyć się
kierować nim w taki sposób, aby stwarzane sytuacje odzwierciedlały boską energię, która jest
ogólnie dostępna. Wtedy umierałam każdego dnia w tej fizyczności, waliłam głową w mur, miałam
guzy i siniaki, ale nikt oprócz mnie ani tego muru ani siniaków nie widział. Bolała dusza, bolało ciało,
ledwo powłóczyłam nogami.
W chwilach największego załamania rysowałam. I to był mój ratunek. Rysunki z tego okresu były
co prawda czarno białe, ale w każdym pojawiało się światło. Jasna smuga wpadała przez uchylone
drzwi, przeświecała przez firanki. We wszystkich rysunkach pojawiała się przejmująca świetlista
poświata. Ja sama byłam najczęściej uschniętym, poranionym drzewem rosnącym na jałowej
glebie. Wtedy nie dostrzegałam związku pomiędzy rysunkami a tym, co się ze mną dzieje. A były
one zapisem najgłębszych odczuć i stanów emocjonalnych, tego wszystkiego, czego nie potrafiłam
oddać w słowach. Zresztą i tak nikt nie chciał mnie słuchać.
Zwłaszcza gdy przychodziła wiosna i dnie stawała się długie, nie mogłam sobie poradzić z
nadmiarem energii. Moje serce śpiewało i wyrywało się nie wiadomo do czego, a nogi nie dotykały
ziemi. Było wiele takich chwil, kiedy czułam, że wszystko jest możliwe. Tęsknota za nieznanym
rozsadzała mnie od środka. Jednakże kontrast pomiędzy tym, jak postrzegałam się od środka a
tym, jaka byłam na zewnątrz czasami był bardzo duży.
No i tak, jako osoba nieprzystosowana, trafiłam na różnego rodzaju terapie. Okazało się, że osób,
które mają inne zapatrywania na świat, jest naprawdę dużo. Dotąd znałam tylko jedną
rzeczywistość kształtowaną przez dom, lekcje religii i małomiasteczkowe środowisko. Okazało się,
że tych rzeczywistości może być wiele w zależności, z którego miejsca i z jakiej perspektywy
patrzymy.
Z perspektywy czasu widzę, że cały czas miałam swój udział w budowaniu nowego świata, tworząc
wewnętrzne obrazy, którym byłam bardzo wierna. Świat, który dla innych był rzeczywistością, dla
mnie był iluzją.
Zaczęłam uczęszczać na pozalekcyjne zajęcia z rysunku do Jacka Wolskiego. To był człowiek z
pasją. Pomagał mi oprawiać prace i wysyłał na różne konkursy, na których zdobywałam nagrody. A
jednak pomimo tych sukcesów, przy innych młodych ludziach nadal robiłam wrażenie osoby, która
nie wie, czego chce. Ani kariera, ani sukcesy, jakie odnosili inni mnie nie pociągały.
Co czwartek chodziłyśmy z Kaśką, moją wieloletnią koleżanką ze szkoły i podwórka, do biblioteki. W
drodze powrotnej kupowałyśmy sobie ciastka, aby później zasiąść przy herbacie i chwilę
porozmawiać. Od czasu do czasu dopadało ją przygnębienie i smutek, że nic po sobie trwałego nie
pozostawi i raczej nie mamy szansy na zapisanie się w historii świata. Wiedziałam, że to, co mówi,
nie jest prawdą, choć patrząc na nasze dotychczasowe życie i to, co działo się wokół, jej straszny
scenariusz wydawał się całkiem prawdopodobny. Bałam się tak samo jak ona i ten strach zagłuszał
cichy głosik we mnie, który mówił abym cieszyła się i radowała każdą chwilą, a nie traciła czasu na
robienie bezsensownych rzeczy.
Urodziłam się z poczuciem misji do spełnienia. Tylko za nic nie mogłam sobie przypomnieć, na czym
ona polega i nic nie wskazywało na to, że inni są świadomi tego, że można mieć jakąkolwiek misję.
Ciągle poszukiwałam miłości i jej przejawów, miłości uniwersalnej, która jest zdolna wypełnić całą
moją istotę, a ja w tym ciągłym stanie zakochania będę płynąć przez życie. Myślę, że czasami te
moje wybuchy uczuć mogły być dla niektórych krępujące. Najpierw poszukiwałam jej na zewnątrz,
a później doznałam oświecenia, że nie muszę jej nigdzie szukać, że noszę to uczucie w sobie, jest
ciągle dostępne, ale też domaga się stałej opieki. Odkrycie to sprawiło mi wielką ulgę.
Po maturze zdawałam egzaminy do 2 lub 3 szkół, ale po krótkim pobycie tam rezygnowałam. Nie
byłam w stanie tam wysiedzieć. Zaczęłam pracować, ale było dokładnie to samo, nigdzie nie
zagrzałam długo miejsca. Po trzech latach zdecydowałam, że będę zdawać na studia na ASP i pod
tym kątem zaczęłam brać lekcje rysunku. Pracowałam głównie nad studium postaci albo martwą
naturą. Mozolna, długa praca. Tak, chciałam powiedzieć coś od siebie, ale jak to zrobić. We mnie
jakieś wybuchy światła, całe światy rozległe, a przede mną... martwa natura.
Zdałam i przez jakiś czas było to ekscytujące. Będę artystką. No teraz to już nie można było
powiedzieć, że nic nie robię.
Studia i czas spędzany na uczelni rozrósł się do nadnaturalnych rozmiarów. Wolnego czasu
niewiele pozostawało. Pamiętam, jak pewnego dnia prof. od rysunku wraz z asystentem
pogratulowali mi ogromnych postępów, ale jednocześnie powiedzieli, że mają obawy czy tempo,
które sobie narzuciłam, nie jest za szybkie. Ciągła praca jedynie nad doskonaleniem warsztatu
wypaliła mnie. Nie miałam żadnej historii do opowiedzenia. Pamiętam, jak stałam przed rozkładem
zajęć na nowy rok i coraz bardziej opuszczały mnie siły. Całą sobą czułam, że ani chwili dłużej nie
chcę i nie mogę tam pozostać.
Postanowiłam dać sobie czas na poszukiwania i na postanowienie, co dalej. Rodzina, nauczyciele i
znajomi uważali, że podjęłam fatalną w skutkach decyzję. Nigdy niczego nie osiągnę, nie będę miała
pracy, pieniędzy itd. Nawet już dokładnie nie pamiętam, czego nie będę miała, w każdym razie lista
była długa. Ale kiedy siedziałam w ciszy, czułam całkowity spokój. To uczucie spokoju było rozległe
jak ocean. Musiałam się otworzyć na nowe doświadczenia. Przeczuwałam, że świat wewnętrzny i
zewnętrzny powinny stanowić jedność, a podążanie za intuicją jest najważniejsze.
I tak krok po kroku zaczęły się odmykać poszczególne drzwi. Najciekawsze w tym procesie było to,
że intuicyjnie najpierw pootwierałam te drzwi na rysunkach. W krótkim okresie czasu powstało
kilka takich prac. Zaczęłam obserwować zbieżności. Najpierw pojawiał się pomysł, symbol, który
przenosiłam na papier, a później obserwowałam jak idea ta manifestuje się w moim życiu. Jakiż
cudowny sposób, ale wymagający też zaufania, że moje bazgranie na papierze przyniesie
wymierne skutki.
(cdn.)
